Z cyklu homemade zamiast ze sklepu. Do czego? Do wszystkiego. Możemy używać do sałatek, również jako podstawę do vinegretu, jako składnik marynat do mięs na grilla (i nie tylko) czy bezpośredniego pędzelkowania już na ruszcie. Ostatnio właśnie spożytowałam bazyliowo-czosnkową do marynaty karkówki, a jeszcze wcześniej jako podstawę do okraszenia piergów z czerwoną soczewicą. Osobiście smakuje mi bardziej bazyliowo-czosnkowa, ale wypróbujcie sami :)
PS. Wpis nie jest kryptoreklamą :) Oliwy znajdują się w buteleczkach po małych sokach znanej firmy, ale wszystko przez to, że w mej zacnej mieścinie nie znalazłam buteleczek o odpowiadających mi pojemnościach. Były tylko takie po 0,7 l, więc poszłam do marketu i kupiłam tymbarki...Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, jakoś radzić sobie trzeba :)) Jak za czasów studenckich :))
Oliwa z bazylią i czosnkiem:
1-1,5 szklanki oliwy / oleju (olej nawet lepszy, bo ma neutralny smak)
2 ząbki czosnku
2 gałązki świeżej bazylii
Czosnek obrać i pokroić w cienkie słupki, wrzucić do butelki. Włożyć gałązki bazylii. Polecam urwać je w taki sposób, aby były stosunkowo niskie. W czasie zużywania oliwy, bazylia nie może być powyżej poziomu płynu, bo najzwyczajniej spleśnieje. Zalać oliwą i odstawić chłodne, nienasłonecznione miejsce. Po 3 dniach już powinna być dobra na "szybkie" potrzeby, po około 5-7 dniach zyskuje pełnię aromatu.
Oliwa z papryczką chili:
1-1,5 szklanki oliwy / oleju (olej nawet lepszy, bo ma neutralny smak)
2 papryczki chili
Papryczki umyć, osuszyć, ponacinać nożem w kilku miejscach, wrzucić do butelki i zalać oliwą. I podobnie jak w przypadku oliwy z bazylią i czosnkiem odstawić w chłodne, nienasłonecznione miejsce na kilka dni.
Dziś na szybko, zaraz uciekam spać, bo wczorajsza sobota była baaaaardzo długa i wyczerpująca. Pobudka o 7 (?!), 1 godzina na zakupy, 4 godziny na zorganizowanie imprezy, posprzątanie domu i ogarnięcie siebie. Karkówka w marynacie cebulowej, karkówka w marynacie sojowej, kiełbasa w piwie, skrzydełka w czymś, sałatka caprese, sałatka ziemniaczana, sałatka z fetą, sos tzaziki, babeczki z kremem i owocami...zorganizowanie imprezy-zaliczone, posprzątanie domu-zaliczone, ale gości witałam z włosami związanymi w kukuryku, w t-shircie z kotem i "klapkach japońskich" ...Perfekcyjna Pani Domu (sic!), ale Ch***** Dama :D :D. Tego samego dnia zaliczyliśmy koncert Podsiadło, a potem jeszcze dyskotekę do 3 nad ranem...Sami rozumiecie...brak mi dziś weny do twórczego opisywania pierogów ( a najlepsze opisy kulinarne wychodzą mi wtedy, gdy pisząc posta jestem głodna :P), dlatego w skrócie: pierogi były pycha i koniecznie podajcie ze smażoną cebulą.
Ciasto na pierogi (mąka, ciepła woda- do konsystencji elastycznej, nieklejącej zbyt bardzo)
Farsz:
pół szklanki soczewicy czerwonej
1 cebula
1-2 ząbki czosnku
2 ziemniaki
2 łyżki oliwy
Dodatkowo:
u mnie domowej roboty oliwa z czosnkiem i bazylią - klik (może być też 1 łyżka masła)
1 duża cebula
Soczewicę kilkukrotnie opłukać i ugotować do miękkości w osolonej wodzie. Ziemniaki i ugotować. Zależy co kto lubi, ale dla mnie nadzienie pierogów powinno być jednolite, dlatego zawsze celowo rozgotowuję soczewicę i ziemniaki. Warzywo po ugotowaniu odcedzić i ostudzić. Cebulę obrać, drobno posiekać, zeszklić na rozgrzanej oliwie i dodać przeciśnięty przez praskę czosnek. Soczewicę razem z ziemniakami ugnieść na jednolitą masę, dodać cebulę z czosnkiem, doprawić solą i pieprzem.
Ciasto rozwałkować, wykrawać kółka w odpowiedniej średnicy, nadziewać farszem i zlepiać brzegi. Gotować w osolonej wodzie-około 2 minut od wypłynięcia na powierzchnię.
W międzyczasie rozgrzać na patelni oliwę. Cebulę pokroić w krążki, posolić i zeszklić do miękkości w oliwie/maśle.
Pierogi podawać okraszone tłuszczem z cebulą.
A teraz taka zajawka ze wczoraj POD PIEROGAMI :)))
Zapach jej jest nieziemski! W smaku bardzo specyficzna - jest truskawkowa ^^, ale gdzieś tam w tle delikatnie wyczuwa się charakterystyczny posmak. To jest coś dobrego! W ubiegłym roku łączyłam truskawki z rabarbarem, rabarbar z bananami, truskawki z miętą, truskawki z rumem i miodem, a w tym roku polecam tą. Trochę późno publikuję przepis, ale może znajdziecie gdzieś jeszcze nieprzekwitnięty bez. Oczywiście chyba nie muszę pedagogicznie przypominać, że musi być on prawie ekologiczny :). Przy przygotowaniu konfitury trzeba się nagimnastykować, ale nie od dziś wiadome, że wszystko co dobre kosztuje. I czasu i cierpliwości. Nie można nie wspomnieć kosztach samych składników, bo obecnie domowe przygotowywanie przetworów kalkuluje się wiele drożej niż pójście do sklepu i kupienie słoika dżemu za 4 zł. Najważniejsza jest dzika satysfakcja, że samemu się zrobiło, wie się co tam jest i ta świadomość, że takiego połączenia smakowego nie znajdziemy na półce sklepowej-nawet najwyższej...I właśnie dlatego, jak nic innego uwielbiam robić konfitury, dżemy, frużeliny, bo zawsze zachowam na zimę, a potem otwieram i czuję zapach prawdziwego lata w połowie lutego. Każdemu polecam!
P.S. Tym, którym podaruję taki słoiczek, publicznie upraszam, aby nie bezcześcili zawartości na naleśniku :D Pewnie teraz się uśmiechają, Ci, co mnie znają...(tak, mam na tym punkcie mam hopla :P), ale lepiej idźcie do sklepu po drożdże i upieczcie DROŻDŻÓWKĘ! :))
1 kg truskawek
420 g cukru
3-4 baldachy kwiatów bzu czarnego
ewentualnie 0,5 opakowania pektyny (pisząc" pektyna" mam na myśli pektynę, a nie dżemiks :) )
Truskawki umyć, oczyścić, pokroić na ćwiartki, zasypać cukrem i pozostawić na 2 godziny. Kwiaty bzu delikatnie otrząsnąć, oczyścić, z głównego pędu zerwać boczne i owinąć luźno w gazę. Jest to jedyny sposób by uniknąć zanieczyszczenia konfitury kwiatami i jednocześnie uzyskać zapach i smak kwiatów bzu. Polecam gazą owinąć dwu-, a nawet trzykrotnie i potem nitką kuchenną zabezpieczyć, by wszystko trzymało się całości. Następnie truskawki z cukrem wymieszać i zagotować. Woreczek z kwiatami włożyć do garnka z truskawkami i gotować około 35-40 min, a następnie dodać pektynę. Jeżeli nie dodajemy pektyny, to trzeba gotować dłużej do uzyskania gęstszej konsystencji.
Z podanej ilości wychodzą 2 średnie słoiczki i jeden mały- o pojemności takiej jak po koncentracie pomidorowym. Konfiturę należy pasteryzować 10 min.
Warto wozić ze sobą jedzenie w samochodzie. Nie wiadomo kiedy i w jakich okolicznościach się przyda. Wczoraj wracając od znajomych, około 23 zatrzymał mnie szanowny młodszy aspirant. Wysiadłam. Popatrzyłam ze strachem-rzeczywiście jakiś młody i udawał groźnego (taka branża), pomyślałam pewnie zechce się wykazać i wlepi mi bogaty mandat. O ja biedna ^^. Nie wiedziałam tylko za co, ale byłam pewna, że na bank coś znajdzie. Brak lewego światła mijania. A skąd Pani wraca? Od znajomych. A z daleka? Około 40 km stąd. Była impreza? Była. A jak się Pani bawiła? Dobrze, tylko, że jedzenie średnio mi smakowało. Piła Pani? Nie, bo nie było nic dobrego. Poproszę dmuchnąć i jeszcze dowód rejestracyjny. Wsiadam z powrotem do auta, aby znaleźć w mojej torebce bez dna dokumenty...Mówiła Pani, że jedzenie nie smakowało, ale wraca Pani z jedzeniem...Yyy, a taak, zapomniałam wyjąć drugie pudełko z ciastem, gdy zajechałam na imprezę. Może się Pan poczęstować. Palpitacji serca o mało nie dostałam, gdy przetrząsałam całą torebkę a nie mogłam nic znaleźć...Uff, znalazł się! A szanowny funkcjonariusz ku mojemu zdziwieniu wziął kawałek ciasta i zaczął spisywać dane z prawa jazdy...Zaniosłam drugiemu policjantowi dowód rejestracyjny. Po chwili ten woła "Tyyyyy, Jaaacek, Pani nie ma przeglądu od 3 tygodni!". Zaglądam mu przez ramię, rzeczywiście- do 2 czerwca... Myślę, shit, leżę...Zastanawiałam się, ile za jazdę bez przeglądu. Przemknęło mi na myśl nawet zaproponować łapówkę, ale nigdy takich interesów nie robiłam, nawet nie wiedziałam jak mam zacząć... A co jeśli się obrażą?! Zaraz ten pierwszy mówi: "Dooooobra... za to ma dobre ciasto, chyba z jagodami...oddaję prawo jazdy, Leszek! Zwróć Pani dowód! Dziś tylko pouczenie. Wymieni Pani żarówkę i zrobi ten przegląd" To, to ja już pojadę, weźcie sobie Panowie całe, dziękuję i życzę smacznego O o. Czy to byli policjanci?!
W sumie dobrze się stało, bo gdy wróciłam do domu, to okazało się, że w portfelu w gotówce miałam 10 zł po 5 zł :P :P
"Policjanty" policjantami, a ja do Was z propozycją iście imprezową, czyli dziś coś na grilla. Przepis na te szaszłyki wielokrotnie wypróbowałam w ubiegłym roku, ale dopiero teraz mi się przypomniał, bo akurat wczorajsze spotkanie było w formie grilla. Oczywiście najważniejsza jest tu marynata, a reszta to już Wasza wyobraźnia :)
Proporcje podaję dla około 16 sztuk:
podwójna pierś z kurczaka
Marynata:
50 ml ciemnego sosu sojowego
2 łyżki musztardy
2 łyżki miodu (nie cukru!)
1,5-2 ząbki czosnku
50 ml oleju
kilka gałązek bazylii
Ponadto:
1 czerwona papryka
1 średnia cukinia
kilka pieczarek
1 mała cebula
Pierś z kurczaka umyć, osuszyć, pokroić w małe kawałki.
Marynata: Sos wymieszać z musztardą, miodem i olejem. Czosnek przecisnąć przez praskę, lub drobno pokroić, a listki bazylii porwać na większe kawałki, tak, aby można było ją później, przed pieczeniem wyjąć z marynaty. Całość połączyć i wmieszać kawałki kurczaka. Wstawić do lodówki na parę godzin a najlepiej na całą noc-dzień przed grillowaniem.
Warzywa umyć i osuszyć. Paprykę pokroić w kwadratowe cząstki. Cukinii nie obierać, pokroić najpierw w plastry, a potem na ćwiartki. Pieczarki podzielić na plastry, a z cebulą miałam problem, ale ostatecznie każdą warstwę cebuli kroiłam oddzielnie na części.
Przed grillowaniem mięso wyjąć z marynaty usuwając jednocześnie bazylię. Na patyczki do szaszłyków nadziewać kolejno wg upodobania.
Szaszłyki należy piec na tacce. Marynaty na kawałkach mięsa jest dosyć dużo i gdy piekłam je pierwszy raz, to nieco się przypaliły i dodatkowo miałam mały problem z umyciem rusztu :p
Podawać z sosem czosnkowym lub bbq oraz grzankami.
Ostatnio znalazłam pendriva z muzyką z 2011 roku i tak mi się przypomniała Imany :)
Obiecuję, że to już prawie ostatnia propozycja z truskawkami :D Wrzucę jeszcze tylko przepis na pyszną konfiturę truskawkową z kwiatami bzu czarnego i koniec mego sezonu truskawkowego.
Dziś przedstawiam delikatny biszkopt przełożony musem truskawkowym z rumem i kremem z jogurtu i bitej śmietany, w który wmieszane są kawałki truskawek. Całość jest wykończona galaretką truskawkową. Powiem Wam, że takiego dużego ciasta jeszcze w swoich poczynaniach kulinarnych nie zrobiłam. O zgrozo miało 8 cm wysokości! Nie bardzo nawet wiedziałam jak się do niego dobrać. Zdjęcie jest okropne, ale jakoś ostatnio mój sprzęt nie chce ze mną współpracować...Kiedyś wymienię. Pozostaje Wam uwierzyć, że ciasto smakuje świetnie :D
Proporcje podaję na formę 20x20:
Biszkopt z 5 jajek (myślę, że każdy ma swój sprawdzony przepis, więc nie podaję)
Krem jogurtowo-śmietanowy:
380 g jogurtu naturalnego
350 g śmietanki 30%
pół szklanki cukru
200 g truskawek
5 łyżek żelatyny-tyle dałam-myślę, że mogłabym mniej i następnym razem tak właśnie zrobię
Mus truskawkowy:
150 g truskawek
1 łyżeczka żelatyny
1 łyżka cukru
Dodatkowo:
1 galaretka o smaku truskawkowym
kilka truskawek od dekoracji
Biszkopt przekroić na 3 równe części. Najlepiej, aby był przygotowany dzień wcześniej.
Mus: Truskawki zasypać cukrem, pozostawić na 15 min. Następnie zagotować mieszając. Żelatynę rozpuścić w wodzie. Gdy stężeje lekko podgrzać-nie zagotować. Wmieszać w truskawki i po około 15 min wyłożyć na jeden z blatów biszkoptu- u mnie był na spodzie.
Krem: Truskawki pokroić na kawałki. Żelatynę rozpuścić w wodzie, a jogurt wymieszać z cukrem . Potem żelatynę lekko podgrzać i połączyć z zimnym jogurtem. W tempie ekspresowym ubić śmietankę na sztywno i wymieszać z jogurtem i truskawkami.
Krem podzielić na 3 części. Pierwszą część wyłożyć na blat z musem i kolejno przekładać. Warstwę wierzchnią powinien stanowić krem. Na nim ułożyć cząstki truskawek. Wstawić do lodówki na około 2 godziny. W tym czasie rozpuścić galaretkę w 1-1,5 szklanki wody i gdy zacznie tężeć delikatnie wylać na wierzch ciasta. Schłodzić raz jeszcze.
Ciekawe i niecodzienne połączenie szpinaku z truskawkami w prawie vinegrecie z balsamico. Słońce dogrzewa, więc do jedzenia tylko na lekko. I zdrowo koniecznie, bo jak ostatnio ostatnio szef rzucił "komplement", że od kilku tygodni "w miarę" (?!?!?!) dobrze wyglądam, to postanowiłam nieco złapać koloru na blade lico, więc pozdrawiam niedzielnie z ogrodu pachnącego piwoniami i truskawkami i zapraszam na sałatkę :))
PS. Sory, że ten talerz tak w trawie, ale koc zupełnie nie komponował się kolorystycznie :P Powiedzmy, że to taki nowy design :P
garstka młodych, małych liści szpinaku
garstka truskawek
kilka łuskanych orzechów włoskich
1 łyżka oliwy z oliwek
2 łyżki octu balsamicznego (tylko balsamico, bo to on nadaje specyficzny smak sałatce)
Prościej być nie może, czyli liście szpinaku umyć, osuszyć, na to pokrojone na ćwiartki truskawki, orzechy i polać wszystko balsamico wymieszanym z oliwą.
Mąkę połączyć z masłem, dodać żółtko utarte z cukrem i wodą. Szybko zagnieść i włożyć do lodówki na 15 min.
Rozwałkować na formę tarty, ponakłuwać widelcem i wstawić do piekarnika
nagrzanego do 200 st.C. Piec na złoto przez 20 min. Ostudzić.
Krem:
500 g mascarpone
400 g śmietanki 30%
5-6 łyżek cukru
Pół szklanki amaretto
Schłodzoną śmietankę ubić razem z amaretto, następnie wmieszać cukier i połączyć szpatułką z mascarpone.
Ponadto:
4 łyżki dżemu z kiwi (użyłam kupionego w Biedronce-wersja limitowana z Ł.)
Truskawki
Kiwi
Mięta
Ostudzony kruchy spód posmarować dżemem i na to wyłożyć masę z
mascarpone. Ozdobić truskawkami i kiwi. Chłodzic przynajmniej 2 godziny.